Chińsko-Polskie kontakty towarzyskie

Starcie pierwsze

W Xi’An spotykamy Cindy. Cindy jest Chinką, która zaskakująco dobrze mówi po angielsku. Ale nic dziwnego, sama zwiedziła już trochę świata, chociaż głównie inne kraje Azji. Couchsurfing też nie jest dla niej nowością – to właśnie przez ten portal się zgadujemy.

DCIM101GOPRO

Umawiamy się przy jednej z bram do wielkiego parku Xi’An. Park jest ogromny, więc zanim znajdujemy właściwie miejsce jesteśmy już spóźnieni. Gorączkowo szukam WiFi i staram się z Cindy skontaktować przez WeChat.

Chińczycy kochają WeChat. To coś w stylu WhatsApp, ale wzbogacony o wiele dodatkowych bajerów. Można czatować, zostawiać wiadomości głosowe i znajdywać znajomych w okolicy. Jest nawet coś w stylu facebookowego walla. Sam Facebook jest oczywiście zablokowany. Podobnie jak Google. O chińskiej internetowej gehennie napiszę jeszcze pewnie odrębny wpis.

Jedną z opcji WeChat jest udostępnianie swojej lokalizacji – w trybie rzeczywistym. Moje WiFi jest tragicznie słabe, ale udaje nam się dzięki temu odnaleźć z Cindy. Suma sumarum staliśmy jednak pod złą bramą.

Cindy proponuje piwo. Piwo? Chętnie! Spodziewamy się, że pójdziemy do knajpki (w końcu jest wieczór). Ale nie –  idziemy do zwykłego małego marketu, kupujemy lokalne piwo (dużego wyboru nie ma) i wracamy do parku. Picie w miejscach publicznych w Chinach jest legalne. Albo przynajmniej nie jest specjalnie ścigane przez policję. Inna sprawa, że jesteśmy chyba jedynymi osobami z alkoholem w tym parku.

Chińczycy piją mało. Zdecydowanie mniej niż Europejczycy (tak przynajmniej tłumaczy nam Cindy). W ogóle jakoś tak niewielu bezdomnych nam się rzuciło w oczy. Nawet w Helsinkach byli oni bardziej zauważalni niż tutaj.

Cindy opowiada nam trochę o swoich podróżach. Opowiada co ją spotkało w Australii:

„W Australii chciałam skoczyć na bungee. Do tej pory nie zapomnę gdy facet z obsługi, zwykły Australijczyk, dowiedziawszy się, że jestem z Chin zapytał:

– czy Wy macie w Chinach CocaColę?

Nic z tego, że zaraz miałam skakać, że byłam nieźle przerażona. On się mnie pyta czy my mamy w Chinach Coca Colę. Jasne, że mamy!”

Prawdę mówiąc, do przyjazdu tutaj też nie spodziewaliśmy się zobaczyć amerykańskich symboli imperializmu w Państwie Środka. A tu jednak jest – i CocaCola, i McDonald, i nawet Pizza Hut. Mijaliśmy też salony Prady, Luis Vuitton i innych projektantów (nie, nie wyglądały na podróbki).

GOPR2304_1440342191431_low

Amerykański imperializm

Wychwalamy Cindy ceny chińskiego jedzenia. Ona, słysząc, że zjedliśmy obiad z 5-8 juanów jest zaskoczona.

– Nic dziwnego, że europejczycy przyjeżdżają do Chin i narzekają na nasze jedzenie – śmieje się. – Jak chcecie zjeść przyzwocie to powinniście zapłacić minimum 10-15 juanów. Inaczej jedzenie będzie pewnie zupełnie niejadalne. I wybierajcie miejsca zatłoczone przez Chińczyków!

DSC_0375

Rozmawiamy też trochę o religii i światopoglądzie. Większość Chińczyków to ateiści, gdzie niegdzie kultywowana jest tradycja buddyjska. Opowiadamy Cindy, że Polska jest krajem raczej zdominowanym przez Katolików, co budzi różnego rodzaju dyskusję w tematach takich jak in vitro, aborcja i tym podobne. Gdy mówimy, że aborcja w Polsce jest nielegalna, Cindy jest wyraźnie zaskoczona.

– „Illegal?” – powtarza za name zdumiona. – „But what if it was an accident?”

Wieczór mija nam bardzo sympatycznie, ale to krótkie spotkanie uświadamia nam sporą różnicę w sposobie myślenia pomiędzy nami a ludźmi wychowanymi w zupełnie innych realiach. Ciekawe, co nas jeszcze zaskoczy.

Starcie drugie

Po Xi’An następnym przystankiem jest Luoyang. Tutaj będziemy couchsurfować. Naszą host jest rodowita Chinka o idealnie skośnych oczach. Przedstawia się nam jako Hehe Song. Jej angielski jest niezły, ale nie tak dobry jak Cindy. Czasami ciężko nam ją zrozumieć, ale ogólnie się dogadujemy.

G0172210_1440342701882_low

Do Luoyang przyjeżdżamy późno, więc dopiero rano mamy okazję lepiej poznać Hehe. Zabiera nas na chińskie śniadanie na miasto. Jesteśmy dość mocno zaskoczeni, bo wygląda na to, że chińskie śniadania chyba niewiele się różnią od chińskich obiadów. Tym razem jedzenie jest smaczne i znośnie ostre. Dostajemy każdy po zupie i do tego coś w stylu pierogów. Po takim śniadaniu jesteśmy absolutnie najedzeni i pełni sił na całodniowe zwiedzanie grot Longmen.

G0192224_1440342620118_low

Pod wieczór piękna dotychczas pogoda załamuje się i z nieba zaczynają spadać gigantyczne krople deszczu. Umawiamy się z Hehe na mieście; wkrótce podjeżdża pod nas samochodem razem ze swoim Chińskim chłopakiem. Pora jest obiadowa (chociaż my już dzisiaj jedliśmy – stęsknieni za europejskimi smakami skusiliśmy się na imperialistyczne Pizza Hut. Błąd. Drogo i mało, ale przynajmniej w miarę swojski smak). Jedziemy do, a jakże, chińskiej knajpki.

Nasi Chińczycy zamawiają gigantyczną miskę zupy i coś w stylu przystawek – nudle i jakieś mięso nabite na szaszłyki i zanurzone w sosie sezamowym. Zupę rozdzielają pomiędzy wszystkich a przystawki każdy dobiera sobie wedle uznania. Do tego dwie butelki piwa i cztery małe szklaneczki, do których to piwo nalewają.

Zupę tym razem nie jemy łyżką, ale pałeczkami. A właściwie pałeczkami wyjadamy środek, tzn. Głównie makaron i inne pływające w środku rzeczy a zupę popijamy.

Po obiedzie jedziemy na stację kolejową. Hehe proponuje nam, żebyśmy zostali u niej jeden dzień dłużej. Lecz aby to zrobić musimy wymienić nasze bilety kolejowe. Próbowaliśmy samodzielnie rano, ale nie udało nam się dogadać z Chinką zza lady (nawet przy pomocy translatora angielsko-chińskiego).  Tym razem mamy wsparcie w postaci Chińskojęzycznej znajomej. Biletów wymienić jednak nie możemy. Dostalibyśmy jedynie 20% zwrotu, więc jednak pojedziemy tym pociągiem a nie innym. Niestety :(.

 

DSC_0301

Chińskie dworce są trudne

DSC_0387

Ale już pociągi są super

W domu proponujemy partyjkę Uno. Uno zawsze jeździ z nami wszędzie. Jest małe i ma proste zasady oraz nie wymaga specjalnych zdolności językowych. Ta ostatnia zaleta jest zbawienna, bo chłopak Hehe po angielsku umie mówić jak prawdziwy Chińczyk. Czyli prawie wcale. Czasem próbuje coś powiedzieć przypominając sobie jakieś podstawy ze szkoły, ale zwykle prosi Hehe o przetłumaczenie z Chińskiego.

Gramy do późna, jednak to niedziela, więc następnego dnia Chińczycy od rana pracują (Hehe pracuje w banku). Kończymy grę i z pewną łezką w oku żegnamy się z nimi. To był naprawdę fajnie spędzony czas.

No ale, starć pewnie jeszcze trochę będzie. Przed nami wizyta w Pekinie a tam pewnie czekają nas nowe przygody :)

Na deser zdjęcia z grot Longmen:

DSC_0323

DSC_0333

GOPR2230_1440342591680_low

Tylko w Chinach – technologia 6D

DSC_0334

DSC_0335

DSC_0346

DSC_0362

DSC_0374

« »