Portugalia część 2 – Hop do Lizbony

Budzimy się dość późno. W Porto jest tak fajnie, że aż nie chce się wyjeżdżać. Wiemy jednak, że tego wieczora musimy być z Lizbonie, od której dzieli nas ponad 300 kilometrów. Choć nasz host, Miguel odradza nam stopa i sugeruje, że powinniśmy poszukać przejazdu na Blablacar, to i tak postanawiamy podjąć się takiej przygody.

Ostatnie spojrzenie za okno

Ostatnie spojrzenie za okno

Pierwsze kroki po wyjściu od naszych hostów kierujemy ku pastelarii. Tutaj siadamy na chwilę i powoli jemy śniadanie, po prostu ciesząc się chwilą. Chwila nie może być jednak zbyt długa, więc wkrótce zbieramy się w stronę metra. Wsiadamy do metra i wyjeżdżamy nim aż do Santo Ovidio, skąd na A1 do Lizbony niedaleko.

2014-10-25-13h37m20

Do najbliższej stacji benzynowej, która znajduje przy zjeździe jest dość kawałek. Maszerujemy jednak dzielnie. Na miejscu dzielimy siły. Na przemian próbujemy złapać stopa metodą tradycyjną a na przemian po prostu pytamy ludzi na stacji, czy nie jadą może w pożądanym przez nas kierunku. Wreszcie trafiamy na przesympatyczną portugalską parę, która mówi, że co prawda jadą tylko kilka kilometrów, do Pedroso, ale mogą nas wziąć. Chętnie przyjmujemy ich ofertę, byle tylko wyrwać się z miasta. Podróż z nimi trwa tylko kilka minut, ale jest bardzo wesoła. Zostawiają nas na stacji benzynowej u wjazdu do miasta i życzą szczęścia na dalszą podróż.

Tutaj pojawił się nasz pierwszy problem. Z Pedroso do Lizbony można się dostać na dwa sposoby – nową autostradą lub starą drogą krajową N1. Ludzie na ulicy i na stacji, widząc nas z tabliczką, dają nam sprzeczne ze sobą informacje. Jedni kierują nas na A1, inni na N1. W efekcie tracimy dość sporo czasu klucząc jak dzieci w ciemności. Wreszcie, już nieco zdenerwowani po prostu przechodzimy przez zjazd i wychodzimy na autostradę, aby stanąć na poboczu. To okazuje się strzałem w dziesiątkę. Po 10 minutach entuzjastycznego wymachiwania plakietką z napisem Coimbra, na poboczu zatrzymuje się kierowca TIRa i przyjaźnie mruga do nas migaczami zapraszając nas do środka.

2014-10-25-16h04m50

Chociaż kierowca nie mówi po angielsku, udaje nam się jakoś z nim skomunikować. Nie jedzie sam – jest kierowcą jednego z trzech tirów wiozących transport aż do Maroko. Po drodze mamy niespodziewany postój na stacji. Jeden z tirów uszkodził oponę, więc cała trójka zjeżdża i szybko wymienia ją na nową. Jeden z kierowców mówi całkiem nieźle po angielsku. Dzięki niemu udaje nam się ustalić jaką trasą jadą i prosimy naszego kierowcę, żeby wyrzucił nas trochę dalej – w Leirii.

Około 19:00 docieramy na stację benzynową w Leirii. Tutaj żegnamy się z naszym kierowcą, wręczając mu mały podarunek z Polski.

Korzystając ze stacji benzynowej, jemy coś na szybko i dalej szukamy szczęścia. Jesteśmy już nieco zmęczeni, ale do Lizbony zostało tylko, a może aż 130km. Największym problemem jest to, że zaczyna się robić powoli ciemno, co oznacza, że na drodze będziemy słabo widoczni. Pytam kilka osób na stacji benzynowej czy nie jadą może do Lizbony, ale za każdym razem odpowiedź jest negatywna. Wreszcie podchodzę do małego Portugalczyka w garniturze, który tankuje swój samochód. Bez większych nadziei zadaję mu pytanie o kierunek jest jazdy. Ku mojemu zaskoczeniu, kierowca entuzjastycznie reaguje, mówiąc,  że co prawda nie jedzie do samej Lizbony, tylko do jednego z pobliskich miasteczek, ale bardzo chętnie nas weźmie jeśli tylko chcemy. Oczywiście od razu przyjmujemy jego ofertę i już za chwilę siedzimy w jego samochodzie i pędzimy w stronę naszej upragnionej Lizbony.

Nasz kierowca okazuje się być całkiem poważnym biznesmenem, który jest niesamowicie zakręcony na punkcie swojego biznesu. Przez całą drogę opowiada nam w szczegółach co dokładnie robi i dlaczego jest to takie fajne. Na pożegnanie my dajemy mu mały upominek z Polski a on nam gazetkę promocyjną swojej firmy i wizytówkę. Zostawia nas na przystanku autobusowym instruując jak dojechać do centrum Lizbony.

2014-10-25-20h36m07

Jesteśmy już prawie u celu. Tym razem faktycznie jedziemy autobusem, bo jest już ciemno i złapanie autostopa do samego centrum graniczyłoby z cudem. Uff, to była długa podróż.

No i wreszcie Lizbona! Z autobusu wysiadamy bardzo blisko centrum, zaraz obok Parque Eduardo VII. Jesteśmy okropnie zmęczeni, do tego mnie pobolewa trochę gardło. Niestety nie możemy jeszcze iść spać, gdyż nasz host napisał mi, że wychodzi i w domu będzie najwcześniej po północy.

Ruszamy więc w stronę centrum, aby trochę się rozejrzeć dookoła. Jest sobota, mimo późnej pory na ulicach jest mnóstwo ludzi. Idziemy wzdłuż Avenida da Liberdade – jest szeroka na 90m aleja upstrzona podświetlonymi pomnikami, restauracjami oraz drogimi, luksusowymi sklepami.

2014-10-25-22h26m08

Uliczna knajpka i nowoczesne Fado w wykonaniu dwóch DJów

Dochodzimy aż do placu Restauradores, gdzie znajduje się między innymi Hard Rock Cafe. Oczywiście nie mogę się oprzeć wejściu do środka.

2014-10-25-22h37m25

Z Baixa – dolnego miasta kierujemy się w stronę Bairro Alto, górnego miasta. Miasto tętni życiem. Na jednym z deptaków grupa ciemnoskórych rozstawiła głośniki i zaczęła tańczyć (dość efektownie zresztą). Gdzie indziej znów uliczny czarodziej pokazuje swoje sztuczki.

2014-10-25-23h08m24

Idziemy, a raczej wspinamy się dalej. Górne miasto jest nazwane górne nie bez powodu. Trzeba się powspinać aby się tu dostać. Im wyżej tym uliczki są coraz węższe a młodych ludzi coraz więcej. Teraz praktycznie w każdej kamieniczce jest mała knajpka,  z której wysypują się ludzie popijając beztrosko drinki na ulicach. Oprócz lokalnych, jest tu mnóstwo studentów z Erasmusa i turystów. Raz po raz podchodzi ciemnoskóry usiłując nam sprzedać kapelusz, okulary bądź inne błyskotki. Co ciekawe, podchodzą też i inni handlarze pytając cicho czy nie mamy aby ochoty na marihuanę czy hasz. Co odważniejsi proponują jeszcze lepsze rzeczy. Jest głośno, brudno, kolorowo i multikulturowo. Nie tylko studenci balują, widać też nie raz i ludzi w okolicach czterdziestki. Miks jest niesamowity.

Wstępujemy na drinka do jednej z knajpek i dzierżąc plastikowe kubki idziemy dalej. Docieramy aż do słynnej lizbońskiej, żółtej kolejki linowej. Tutaj dostaję kolejnego smsa od naszego hosta – nie będzie go w domu wcześniej niż o 3 rano. Przyznam, że z moim co raz bardziej bolącym gardłem źle przyjmuję tę nowinę. Włóczymy się jeszcze trochę po mieście po czym wracamy w stronę Restauradores aby zjeść coś i napić się ciepłej kawy z całodobowym McDonaldzie. Niepewna, czy w ogóle będziemy mieli gdzie spać tej nocy proszę Mateusza, żeby poszukał jakiegoś hostelu. Sama w tym czasie kombinuję co zrobić z tym fantem. Pomocną dłoń wyciąga Klaudia. Mimo, że jest obecnie na drugim końcu świata, bo aż w Tajlandii, to przychodzi mi z pomocą i pisze do swoich znajomych z Lizbony. Wreszcie jednak, o 3 w nocy, nasz host pisze mi, że podjedzie po nas samochodem do centrum. Uff, alarm odwołany.

Naszym hostem okazuje się być dwudziestoparoletni Tiago, nieco roztargniony informatyk. Zabiera nas do swojego mieszkania, gdzie Mateusz jeszcze chwile z nim rozmawia ale ja od razu odpływam w objęcia Morfeusza.

« »