Szkocja część 1 – szkocka w Glasgow

Chociaż lutowa aura nie sprzyja wychodzeniu z domu, tej wycieczce nie mogłam się oprzeć. Około października zadzwoniła do mnie koleżanka z zapytaniem, czy nie chciałabym pojechać z nią na kilka dni do Szkocji. Takim propozycjom się nie odmawia, więc jeszcze tego samego dnia zarezerwowałyśmy bilety Wizzair do i z Glasgow na 4 dni.

Po drodze pojawiła się jednak nieoczekiwana przeszkoda w postaci Politechniki, i tak też w piątek, na dwa dni przed wylotem Kasia zadzwoniła do mnie, że niestety musi zostać w Poznaniu aby podejść ponownie do bardzo ważnego egzaminu, od którego zależało jej inżynierskie być albo nie być.

Wszystko było już załatwione, couchsurfing ogarnięty, bilety dawno zabookowane. Cóż robić? Nie lecieć? O nie, absolutnie! Spakowałam więc swój mały plecak podróżny i w niedzielę wieczorem Mateusz zawiózł mnie na lotnisko w Pyrzowicach. Sama wsiadłam do samolotu i z lekkim dreszczykiem emocji (bo to w końcu moja pierwsza, zupełnie samodzielna wyprawa) poleciałam w nieznane.

Do Glasgow przylatuję dość późno, bo około godziny 20:00 ichniejszego czasu. Od wyjścia z samolotu czuję wzbierające we mnie endorfiny i poczucie, że hej, czeka mnie kolejna przygoda! Wszystko to potęguje jeszcze bardziej nasłuchiwanie lokalnych ludzi, którzy rozmawiają szybko z bardzo silnym, szkockim akcentem.

Niestety jednocześnie spotyka mnie też standardowy, cenowy szok związany z podróżami na Wyspy (dodatkowo funt ostatnimi czasy mocno poszybował w górę). Z lotniska do centrum Glasgow można dostać się autobusami komunikacji miejskiej, jednakże niestety ceny są dużo wyższe niż te za standardowe kursy po mieście. Warto również pamiętać o tym, że kierowca nie wydaje reszty. Kursują dwa autobusy – ekspresowy i zwykły. Wybieram ten zwykły i w czasie oczekiwania na jego przyjazd nawiązuję pierwszą znajomość.

Razem ze mną do Szkocji przyleciała Paulina. Leciałyśmy tym samym samolotem, nawet kojarzyłam jej twarz z kolejki do boardingu. Dla niej to była pierwsza taka podróż w ogóle, w dodatku także w pojedynkę. Ona również zdecydowała się na couchsurfing. Rozmawia nam się bardzo dobrze. Tak, że przegapiamy nasz docelowy przystanek.

Na szczęście orientujemy się o tym fakcie dość szybko i ciągle wysiadamy we względnym centrum. Idziemy kawałek razem, a następnie każda z nas kieruje się w stronę swoich umówionych punktów z hostami. Spotkamy się albo gdzieś na mieście, albo w samolocie powrotnym do Polski.

Moim hostem, a właściwie „hostką” jest Nora – studentka University of Glasgow, która do Szkocji przyjechała aż z Minnesoty. Dla niej goszczenie mnie też jest poniekąd nowym doświadczeniem, gdyż dotychczas korzystała z couchsurfingu głównie jako podróżniczka (intensywnie wykorzystując swój czas w Europie).

Spotykamy się w centrum miasta, w umówionym punkcie i właściwie od razu decydujemy, że jest jeszcze zbyt wcześniej aby wracać już do jej mieszkania. Nora studiuje muzykę jazzową, więc wybiera bardzo klimatyczny jazz club, gdzie trójka młodych szkotów umila gościom czas muzyką na żywo. Rozmawiamy i pijemy piwo (ja dostałam jakieś podobno regionalne!). Następnie dołącza do nas Nory koleżanka ze studiów, rodowita Szkotka z Aberdeen. Ludzie z Aberdeen nie mają tego charakterystycznego akcentu, co mi bardzo ułatwia komunikację, bo akcent z Glasgow choć uroczy, jest dla mnie na razie zupełnie niemożliwy do zrozumienia.

WP_20150201_004

Jazz club choć kimatyczny, jest głośny, decydujemy więc na zmianę lokalu. Tym razem jest to klub bardziej typowo szkocki, gdzie półki zamiast piwem upstrzone są wszelakimi rodzajami Whisky. Barman serwuje mi prawdziwą szkocką. Chociaż fanką tego trunku nie byłam i nie jestem, to jednak popijając szkocką w Szkocji czuję się wyjątkowo ;).

WP_20150201_007

Zajmujemy stolik, rozmawiamy, a tuż obok nas kilku młodych, wstawionych szkotów zaczyna śpiewać swoje regionalne przyśpiewki. Kilku zaczyna nawet tańczyć. Jest super!

Wreszcie robi się późno, opuszczamy knajpkę i maszerujemy w stronę domu. Po drodze mam okazję zobaczyć kilka zabytków pięknie oświetlonych.

Nora mieszka praktycznie zaraz koło uniwersytetu. Dzieli mieszkanie z Hayley, amerykanką studiującą literaturę klasyczną. Rozmawiamy jeszcze chwilę, o wszystkim i o niczym (ah, mój angielski tak kuleje i widzę to szczególnie wyraźnie podczas rozmowy z Native Speakerami). Nora opowiada mi co muszę koniecznie zobaczyć na mieście oraz zdradza mi gdzie najlepiej zjeść i gdzie iść na kawę.

Poranek zaczyna się o tyle nietypowo, że w celach zażycia prysznica muszę wybrać się na uniwersytecką siłownię. Akurat jak na złość dzień wcześniej prysznic Nory i Halyley odmówił posłuszeństwa, więc dziewczyny przez kilka dni musiały stosować tę metodę w celu zachowania higieny.

Wchodzę na siłownię i udaję, że jestem Norą legitymując się jej uczelnianym Student ID. Na szczęście nikt mnie nie zatrzymuje, więc już wkrótce wracam do domu czysta i gotowa na nowy dzień pełen wrażeń.

100_5241

Nora mogłaby jeść śniadania zaraz po wyjściu z klatki schodowej

Swoje zwiedzanie rozpoczynam od kampusu uniwersytetu. Stosując się do wczorajszych rad Nory obchodzę go troszkę na około tak, aby wejść głównym wejściem. Po chwili czuję się, jakbym odwiedziła Hogwart. Niesamowity, stary budynek, klimatyczne ogrody… to wszystko sprawia, że mam wrażenie, że za chwilę znajdę się w środku lekcji latania na miotle Pani Hoch albo trafię na lekcję zielarstwa. Tak się niestety nie dzieję, ale spędzam tu dłuższą chwilę chłonąc atmosferę miejsca.

100_5283

100_5261

100_5264

100_5256

Pogoda jest ładna, ale chłodna. Mój plan jest ułożony jednak tak, aby co spacery przerywać wizytami w muzeum, co by zażyć trochę sztuki oraz ocieplić się nieco. Wychodzę więc z kampusu i spacerowym krokiem kieruję się do Kelvingrove Art. Gallery and Museum. Po drodze napotykam pomnik Kelvina (tak, tego od stopni Kelvina).

100_5278

Kelvingrove jest ogromne i zgodnie z nazwą zawiera wiele różnych ekspozycji – zarówno naukowych jak i artystycznych. Oglądam więc jedynie wybrane galerie, między innymi szkocką sztukę i artystów z Glasgow, ale także i eksponaty bardziej naukowe i historyczne.

100_5281

Kelvingrove Art Gallery and Museum

Teraz pora na trochę większy spacer. Wychodzę z Kelvingrove i spaceruję w stronę centrum miasta. Po drodze wstępuję do marketu i zakupuję IRN BRU – tzw. sodę, która jest tu ponoć bardziej popularna niż Coca-Cola. Smakuje trochę jak rozpuszczone żelki i jest przeokropnie słodka.

Idę dalej wzdłuż Sauchiehall Street. Po drodze widzę też takie smaczki jak chociażby reklamy kolejnych barów, gdzie ceny podane są za pintę piwa, a nie za pół litra czy różne sklepy, które obecne są głównie na Wyspach (wszystko to samo co w Londynie). Standardowych, europejskich sieciówek też jest mnóstwo. Jak w każdym, dużym europejskim mieście. Nie brakuje i ulicznych grajków, którzy chętnie zapozują do zdjęcia.

100_5336

100_5338

Można płacić Bitcoinami

100_5340

100_5344

100_5355

100_5347

Dochodzę do aż do Buchanan, gdzie prócz głównego dworca autobusowego znajduje się także The Glasgow Royal Concert Hall.

Idę dalej, kolejnym deptakiem wyłączonym z ruchu ulicznego (jest ich tu mnóstwo w centrum miasta). Moją uwagę przykuwa dość charakterystyczny pomnik – konny jeździec z… słupkiem drogowym na głowie. Zaskoczeni? No cóż, wszystko się wyjaśnia, kiedy orientuję się, że zaraz za nim znajduje się muzeum sztuki współczesnej. Tak, zdecydowanie jeszcze tu wrócę później, ale na razie sił mam jeszcze dość aby spacerować. Blisko stąd jest centralny plac miasta, George Square.

100_5362

Przykład sztuki współczesnej

100_5368

100_5374

Robię tu kilka zdjęć (zresztą, nie ja jedna) i idę dalej. Trochę nieświadomie dochodzę do kolejnego kampusu uniwersyteckiego, tym razem University of Strathclyde. Jest to szkoła o nieco mniejszej renomie, ale nazwa zwiera silne nawiązanie do miasto, gdyż Clyde jest Glasgow tym, czym Tamiza dla Londynu. Glasgow, jak chyba większość dużych, europejskich miast o bogatej historii zbudowane jest nad rzeką.

100_5377

Trochę inny MacDonald :)

Trochę inny MacDonald :)

Budynki uniwersytetu są bardziej nowoczesne i nie tak imponujące, jak te z University of Glasgow, maszeruję więc dalej w stronę katedry św. Mungo. Niestety do środka nie udaje mi się wejść, jednak ta średniowieczna budowla wygląda naprawdę imponująco z zewnątrz. Surowy kamień nadaje jej grozy, a rozciągające się za nią Nekropolis dodatkowo tę grozę dopełnia.

100_5378

100_5388

100_5390

Po nieudanych próbach włamania się do środka katedry ogarnia mnie coraz to większy chłód, decyduję więc znaleźć jakieś przytulne miejsce z kawą aby ogrzać się nieco i nabrać trochę sił. Udaje mi się to i po naładowaniu baterii wracam w stronę katedry. Tym razem poświęcam nieco więcej czasu aby rozejrzeć się dookoła i zauważam Provands Lordship – najstarszą kamienicę w mieście, która przez wieki gościła w swych murach zarówno świątobliwości jak i żebraków i prostytutki. Budynek dostępny jest do zwiedzania, ale jak na złość nie w poniedziałki. Oglądam więc go jedynie z zewnątrz i udaję się w kierunku Nekropolis.

100_5400

100_5401

Nekropolis robi na mnie ogromne wrażenie. Jest to wzgórze w całości pokryte starymi nagrobkami. Nie są to jednak takie standardowe groby, jakie znamy z Polskich cmentarzy, ale imponujące dzieła sztuki, nie rzadko przyozdobione popiersiami nieboszczyków.

100_5403

100_5412

100_5415

Szkoci traktują to miejsce trochę jak park. Wspinając się na górę widzę przechadzające się pary czy też trenujących biegaczy.

Ze szczytu rozciąga się wspaniały widok na Glasgow. Niestety jest to moment, kiedy mój aparat fotograficzny odmawia dłuższej pracy na baterii, więc pozostaje mi tylko bardzo słaby aparacik, w jaki wyposażony jest mój telefon.

WP_20150202_025

Spaceruję jeszcze chwilę, a następnie schodzę w dół. Odnajduję kolejny deptak i kierując się głosem mojego żołądka zaczynam szukać miejsca, w którym zjem obiad.

Szkocja nie byłaby brytyjska, gdyby nie wszechobecne zagraniczne sklepy - w tym polskie

Szkocja nie byłaby brytyjska, gdyby nie wszechobecne zagraniczne sklepy – w tym polskie

Standardowym, brytyjskim ulicznym jedzeniem jest Fish&Chips. Skuszona jednym z szyldów wchodzę do restauracji (która tak naprawdę okazuje się być barem) i za 5 funtów zamawiam mój upragniony obiad. Przesiaduję to nieco dłużej niż początkowo zamierzałam i obserwuję ludzi, którzy przychodzą tu zarówno na obiad jak i na piwo po pracy. Wszyscy, bez wyjątku mówią z silnym, szkockim akcentem. Tworzy to bardzo specyficzną atmosferę miejsca, której nie doświadczy się w innych miejscach na wyspach.

Tyle radości za jedyna 5 funtów

Tyle radości za jedyne 5 funtów

Nabrawszy sił powracam do Modern Art. Gallery. Niewiele ekspozycji jest dzisiaj otwartych, ale te, które mogę oglądać są bardzo ciekawe. Znajduję nawet obrazy autorów o polsko brzmiących imionach.

WP_20150202_084

Zaczyna robić się późno, więc kończę zwiedzanie na dziś. Ostatnimi punktami na mojej liście są dworzec autobusowy, gdzie dowiaduję się jak dostać się do Edynburga i Tesco, gdzie robię małe zakupy na kolację. Chociaż w ciągu dnia na ulicach język polski słyszałam może dwa lub trzy razy, to w sklepie znajduję całą półkę z bardzo znajomo wyglądającymi produktami.

WP_20150202_088

W domu drzwi otwiera mi Hayley. Opowiadam jej gdzie byłam i co się ciekawego działo. W między czasie pojawia się i Nora. Wieczór mija spokojnie ale przyjemnie. Poniedziałki nie są zbyt imprezowym dniem, ale siedzimy sobie w trójkę popijając piwo, które Nora dostaje w pracy (kiedy nie studiuje, dorabia jako barmanka). Odwiedza nas także chłopak Hayley, który na kontrastu jest najbardziej typowym szkotem jakiego można sobie wyobrazić. Rudowłosy, o typowo anglosaskich rysach twarzy i bardzo silnym akcentem. Dzisiaj spać idę trochę wcześniej, bo jutro z samego rana ruszam do Edynburga.

« »